sobota, 28 marca 2009
Psujaszki a rytuały
Nie mam okularów. Po prostu straciłam czujność i nie odłożyłam ich na miejsce, czyli do ognioodpornego sejfu przyciśniętego skutecznie słoniem, lecz zostawiłam u Emu pod łóżkiem. I rano zostały mi przyniesione przez troskliwą młodszą córkę… w trzech ratach. Osobno zauszniki, osobno szkła, osobno oprawki z dyndającymi żyłkami.Może to i dobrze, że ich nie mam – nie widzę rozmiarów zniszczeń. Zauważyłam co prawda, że Julia jest czerwona (rosyjskie miodowe akwarele Pana Męża) – a Emilki pokój wygląda osobliwie, ale przeoczyłam wypicie przez Julię wody po malowania farbami. Emilka pokój udekorowała wycinankami z papieru kolorowego, a że ma zakaz ruszania kleju, przyczepiła je do ściany na krem. Czyli muszę ten krem dodać do listy zakazanych przedmiotów, na której widnieje m.in. płyn do higieny intymnej (za wyszorowanie nim łazienki), mandarynkowe mydło w płynie (za potraktowanie go jako spoiwa do brokatu), klej (za klejenie wszystkiego co widać) i inne ciekawe przedmioty. Oczywiście lista Julii jest o wiele dłuższa J. Jako że dziewczyny mają pociąg do sztuki, często lądują w wannie w ciągu dnia, a wieczorem nie chce się nam już ich kąpać. - Dziewczyny nie mają rytuału wieczornej kąpieli – mówię do męża, który ogląda mecz, więc na jego odpowiedź nie ma co liczyć, ale przecież od czego jest Emu… - A właśnie, że mamy rytułał, no nie Julia? (aaa) - Tak, a gdzie go masz? - A jak on mamo wyglądał, bo zapomniałam? - Żółty w granatowe ciapki. - Zaraz znajdę i Ci dam!- O masz swoje rytułały – i dwa węże-maskotki poleciały w moją stronę… Dzisiaj „rytuału” nie będzie, bo Emilki „przypadkowy” kaszel i równie „przypadkowy” katar zmieniły się w całkiem nie przypadkowe zapalenie krtani.
środa, 04 marca 2009
Nowa żyrafa w domu. Gruba i niebieska na krótkich rozjeżdżających się łapkach… Pierwszą noc spędzi z Emu. - Emilko, strasznie szalałaś wieczorem. - Bo się nie wybiegałam za dnia (lalala lalala)… - Poproś żyrafę, żeby przestała śpiewać i idźcie wreszcie spać! - Ale mamo, ona się jeszcze nie wyśpiewała (lalalalala)! - Ale niech kończy i nie majtaj nią tak, bo złamiesz jej szyję i będzie cierpiała – wykazałam się wyobraźnią - Ależ mamo, to tylko nieżywa zabawka!!! ( i do żyrafy) Chodź Bożeno, nie będzie cię mama straszyć!!!
niedziela, 22 lutego 2009
Julia kazała sobie otworzyć bramkę wiodącą na schody. skleconą przez męża, jeszcze na potrzeby raczkującej Emu i oddala się ode mnie zjeżdżając z na brzuchu na parter. Robię smutną minę pozostawionej mamusi: odjeżdża córeczka, mamunię zostawiła... Julia patrzy, patrzy, zwalnia i wchodzi powoli na czterech na górę. Kochana... Uśmiecham się, a wtedy ona zamyka mi bramkę na nosie i zwiewa... Za to Emu obudziła się ze stwierdzeniem: bolały mnie w nocy nogi, pewnie znów urosłam. Wstaje, wciąga wczorajsze spodnie i mówi z rezygnacją: no i wiedziałam, spodnie za krótkie....
sobota, 21 lutego 2009
Hej kolęda, kolęda, zaś :) - czyli trochę staroci
I nadszedł nieubłaganie ten dzień. Gdybym nie spytała, kiedy złożyć choinkę, pewnie w ostatniej chwili dowiedziałabym się, że „przecież przychodzi ksiądz”… Już w czwartek popołudniu cała rodzina została zmuszona do planowania swych działań świeckich w związku z oczekiwaną wizytą duszpasterską, wszyscy oprócz moje męża, który zbyt radośnie oświadczył: - Ha, mnie nie ma jestem na targach w Poznaniu!! – czym naraził się na potępienie ze strony matki. Tak więc w czwartek wieczorem mama z głębokim westchnieniem stwierdziła, że ma mnóstwo pracy na piątek, mianowicie wytrzeć stół, przykryć obrusem i to tyle. No ale podobno tego się nie da zrobić przy moich dzieciach, choć wydaje mi się, że nie żyję na co dzień w gnoju (MOPS się jeszcze nie czepił) a dzieci te same. Gdy zasugerowałam, że wezmę na tę okoliczność urlop zostałam zgromiona spojrzeniem, uciekłam więc do pokoju, zabierając ze sobą obie Demolki. Nie byłam zbyt radosna, gdy wlokłam się w piątek z pracy. W domu zastałam Emilkę przebraną za aniołka (suknia z firanki i skrzydła motyla) specjalnie dla księdza, ćwiczącą skoki ze stołu („konie świetnie skaczą”), mamę w oknie wypatrującą czarno-białego zestawu i szwagra, który przyszedł poudawać, że mieszka z mamunią, a nie żyje w niekatolickim związku. Po kilku pielgrzymkach do okna, mama jednak zdecydowała się wysłać szwagra na zwiad: gdzie są, kto chodzi, odkąd idą, ile siedzą itp. Zjeść nie mogę, bo nasmrodzę żarciem, szwagier zamknięty w kuchni pożera kiełbaskę. W pokoju zamiast barometru Święta Rodzina, biały obrus kryje pomalowany kredkami stół, na stole Biblia Tysiąclecia i woda święcona, do której skrada się oblizując usta, Juls. W końcu są. Modlitwa, lizaki, obrazki. Ksiądz jest zagorzałym kibicem i nagle okazuje się, że moja teściowa, która o piłce nożnej wie tyle, ze bramki są dwie, też!! Żadnego meczu nie opuściła!! Zaraz… czy ja znam tę kobietę? Po superchrześcijańskiej uwadze, że nienawidzi psów, ksiądz zmyka, bo jak powiedział „tak sobie zaplanował kolędę, żeby o dwudziestej być już w piżamce”. Ledwie wyszedł a mój szwagier już w butach, dobrze że księdzu na plecy nie spadł lecąc do swojej Pani. Wszystko wraca do normy, barometr na ścianę, obrus do szafy, a choinka do piwnicy. Te kolędy są całkiem miłe, ale przygotowania do nich okropne. OKOLICE WIARY
UWAGA: nie dla osób bardzo wierzących Nie jestem osobą zbyt religijną, więc nie podejmuję się edukowania Emu w tej mierze. Natomiast moja teściowa, której marzeniem było zostać katechetką, chętnie. Podobnie przedszkole. W końcu, po miesiącu słuchania kolęd u Młodej musiała się pojawić jakaś wiara, żeby nie rzec – wiarka…. - Mamo, nazwałam już mojego niebieskiego konika! - No wreszcie córko, jakże się on nazywa? - CHRYSTUS! – odparło nabożnie dziecko… I dobrze, konik ma wzór do naśladowania, a póki dziecko nie biega za nim z młotkiem, nie jest źle. Co ciekawe, ze wszystkich opowieści, dzieci lubią te najbardziej drastyczne. Dowiedziałam się również, że skoro urodził się w stajence, to Chrystus był rumakiem mówiącym po ludzku. - Emilko co budujesz? - Kościół dla koni! - Nie ma kościołów dla koni - buntuje się religijna babcia. - No właśnie! Dlatego buduję! Budujemy razem z piankowych ścianek z literkami. Wychodzi dość duży sarkofag z krzyżem wieńczącym dach. Jako że krzyżyk cały czas odpada (uff – jak wytłumaczyć dziecku, że nie wypada budować kościołów dla koni? Bo Bozia się pogniewa? Nie umiem rzec, co bym odpowiedziała na pytanie dlaczego…) – mamy kościół ekumeniczny. Chrystus-koń prowadzi tam swoich pobratymców, a ja czekam na modlitwę… Wszak jestem matką dziecka o bujnej wyobraźni: - Emilko, co one robią? - Stoją i patrzą…. - Na co? - Na różne korytarze i te głupie pegazy!!! A zbliża się czas kolędy – co będzie, gdy ksiądz zapyta o Konika?
czwartek, 05 lutego 2009
Jakoś mi się nie chce....
Nie chce mi się pisać wcale. Tyle fajnych rzeczy dzieje się dookoła, a mi się nie chce. Bo to trzeba gramatycznie i składnia jako-taka powinna być. Poza tym bycie matką dwóch rąbniętych dziewczynek i żoną faceta, który rządzi czasem, jest bardzo absorbujące. Bo mój mąż potrafi jednym ruchem brwi, jedną myslą zatrzymać cały ruch na sąsiednim pasie. Wystarczy, że pomyśli, chyba zmienię pas, a wszystko zamiera, oczywiście na naszym nowym pasie, bo porzucony przez nas nagle tętni życiem - Mąż Władca Korków. Z pokoju obok dobiega rozpaczliwe: Jeszczeee o Filemonie czytaj, więc wybaczcie - obowiązki czekają...
czwartek, 04 grudnia 2008
Różności
Gram z Emu w "wojnę". Ja mam ładną kupkę, a Emilka kopczyk, z którego wybiera odpowiednią kartę: - Ty mamo, masz dziesiątkę, a ja mam (wyciąga waleta) no... PJÓJOPUS! *** Mamo, co to znaczy gatunek? (tłumaczę)... Czyli krokodyl i jaszczurka są z tej samej firmy? *** - Emu, sprzątaj! - Nie mogę, czuję się tutaj jak w chlewiku! - No to posprzataj! - Buuuuuu! Nie chcę i widzisz co narobiłaś? Teraz muszę przez ciebie płakać... *** Emilka twierdzi, że lubi bałagan, przynoszę więc do jej pokoju rolkę toaletową i kładę obok zabawek. Emu pyta podejrzliwie: - Mamo, po co ten papier? - Uradziliśmy z tatą, że skoro lubisz bałagan, to od dziś tu właśnie wszyscy będą robić kupę! - Nieee, to będzie głupio wyglądało! No chyba, że potem przewrócę dywan na drugą stronę.... *** - Mamo, Juls rozrabia w moim pokoju! - A jak zdjęła książki z tej wysokiej półki?? - Pewnie podskoczyła... ***
środa, 05 listopada 2008
Lulu-bój
Patrząc na Emu z perspektywy czasu zaczynam rozumieć jak spokojne mam dziecko. Julia to kompletna szajba. W zasadzie działa jak magnes: zabieram ją z miejsca przestępstwa i gdy odkładam ją w bezpieczne miejsce okazuje się, że w rączce ma gwizdek, ciastolinę, pilnik, gwoździe, trzy łyżeczki do herbaty, na szyi trzy smyczki w tym jedna z gwizdkiem a druga z pendrivem. Przy czym nie przypominam sobie, by te rzeczy leżały na naszej trasie. Gdy dochodzę z nią do łóżeczka to podczas wkładania jedną ręką wyjmuje szczebel, drugą ściąga przewijak, trzecią i czwartą odkręca Sudokrem, piątą go wyjada…. Zaraz, ile ona ma właściwie rąk?? Wchodząc do naszej kuchni postronny obserwator widzi cudne kędzierzawe dziecko z anielską miną siedzące pod stołem i oglądające paluszki… Super widok! Hej, dlaczego oblizuje paluszki? No bo zjadła masło, masło było w lodówce, ale teraz go nie ma, bo sprytne dziecko przeniosło gdzieś zdobycz. Jako że spuściłam ją z oka tylko na chwilę (szybkie siku), więc nie mogło daleko zajść. Sprawdźmy więc schowki: w piekarniku – tylko foremki, na kaloryferze – ziemniaki i kapeć, spiżarka szczęśliwie zamknięta. Jest masło! W szafce z garnkami przemyślnie ukryte wśród ściereczek i woreczków, obok dwa buciki i łyżeczka, chyba na czarną godzinę. Oczywiście jak na grzeczne dziecko przystało wie, że gdy mama mówi „daj” to należy zwiększyć prędkość własną i z głośnym kwikiem udać się w stronę przeciwną. Albo takie zasypianie. Strzyga śpi w wózku około 2-3 godzin na dworze. Wsadzona do wózka obserwuje mnie z podejrzliwością, czy nie zamierzam przypadkiem bujając wózkiem w sposób podstępny pozbawić ją przytomności, a sama zająć się innymi ciekawymi zajęciami. Oczywiście zamierzam, ale trzeba uśpić czujność zbója, staram się więc dziecko przekonać, że mam mnóstwo czasu i w ogóle to zamierzam wyprowadzić się na taras. Przynoszę herbatkę, książkę, pilniczek do paznokci, rozsiadam się leniwie na krzesełku… oczy powoli się zamykają ….śpi! Z piwnicy dźwiękiem wzywa mnie pralka i już Dzidziak siedzi : A JEDNAK!!
niedziela, 14 września 2008
Życie przedszkolne
**********
**********
**********
**********
**********
wtorek, 26 sierpnia 2008
Droga do domu
Godzina czternasta, jako mama-mlekodajka zwijam się do domu, a właściwie po Emu do przedszkola. Codziennie ten sam rytuał. W przedszkolu jestem ok. 14.30, Pani sprawdza, czy Emu śpi – jeśli tak to idę do domu, a Zbója odbierze Pan Tata. Nie śpi, słyszę paplanie, żegnanie się z dziećmi. Jeszcze tylko szybki sik, ubieramy buty, Emu zabiera zabawkę – dziś w przedszkolu był z nią jednorożec Lizak zwany Landrynem – i idziemy do domu. Emilka jeszcze zawraca, koniecznie musi mi pokazać, jak zajrzeć pod huśtawkę. Musi też wytłumaczyć, dlaczego huśtawka „krzywo się huśta” – no nie domyśliłabym się nigdy, że z jednej strony piasek jest bardziej twardy… Wreszcie wychodzimy na chodnik, po raz kolejny tłumaczę dlaczego czasem nie ma chodnika (bo ktoś nie zbudował), dlaczego jest inny kolor chodnika, dlaczego są zerwane słupki (żeby można było zaparkować). Na skrzyżowaniu Emu rozgląda się uważnie i przebiega przez jezdnię. Nie wolno biegać – krzyczę za nią, ale nie słucha i ku mojej satysfakcji wywraca się z klasą, w oddali słychać samochód wyjeżdżający z garażu i po chwili Emu już idzie grzecznie „przy nodze”. Oczywiście trzeba pożałować kolanko. Za chwilę Emu już nie pamięta o swych ranach, bo oto już widać następne skrzyżowanie, a na nim „ptasie drzewo” czyli topolę pełną wróbli, gwaru i hałasu. Topola góruje nad sennym osiedlem domków. Emilkę cieszy widok drzewa, ale żeby do niego dojść trzeba minąć mnóstwo psich kup („czy psy to brudasy, czy ich właściciele?”), dotknąć każdej skrzynki na listy, czy też jak mówi Emu „skrzynki na trąbki” lub „trąbki na listy”. Każdy kwiat musi zostać nazwany, pies omiauczany („czy te psy wiedzą, że jestem kotem?”), na każdy pieniek trzeba wskoczyć. Robi się chłodno, na niebie pojawiają się chmury, więc różowy konik ląduje pod bluzą, żeby się nie rozpuścił – w końcu to Landryn. Mijamy topolę i Emu już ma następny cel wycieczki – nadmorską sosnę na następnym skrzyżowaniu. Idzie teraz szybko, bo obok sosny jest duży plac zabaw, no i niedaleko widać szkołę. Wysoko mnie huśtaj – krzyczy Emu sadowiąc się na oponie – no i huśtam, dopóki rozpędzona huśtawka nie uderza w moje kolano. Teraz obie kontuzjowane idziemy do domu. Jeszcze konieczny postój przy sośnie, czy aby nie spadła niekontrolowana szyszka i ostatni zakręt. Po raz kolejny tłumaczę, dlaczego nie jemy śliwek z przydrożnych drzewem ale Emu nie słucha – zapyta mnie o to jutro – teraz biegnie do domu, bo tam czeka już Julia. Tylko półtora kilometra a tyle radości…. |
Archiwum
Zakładki:
|